Anatomia serca

Motyw serca w rysunku towarzyszy mi od zawsze. Już jako niezdarnie kreślony symbol nadający kontur laurce bądź odruchowo pojawiający się kształt w zapiskach w zeszytach, w dziecięcych bazgrołach. Serce wyryte na szkolnej ławce, w korze drzewa, w pamiętniku, w myślach, wypatrzone w kształcie chmury na niebie, kamieniu na polnej drodze, wycinane z papieru w walentynki, dzień matki, dzień babci, dzień ojca bez ojca i w każdy inny dzień, kiedy człowiek chciał podarować komuś odrobinę miłości.

WIOSNA

Każdy promień słońca oplatał moje serce dając mu powody do bicia. Szelest liści, wiatr, ćwierkot ptaków, życzliwe skinienia głowy mijających mnie ludzi. Tysiąc powodów by żyć, milion powodów, by oddychać.

Słońce ogrzewało pąki roślin, zszarzałe twarze od zmęczenia, obdrapane przystanki autobusowe. Nie pozwalało na całkowite zastygnięcie krajobrazu emocji po zimie. Serce biło miarowo i czasami jakby szybciej.

Czasami te szybsze i mocne uderzenia powodowały ból i dziwny ciężar, który zawieszał się na mojej piersi. Ciężar, który utrudniał łykanie powietrza raz za razem tylko na chwilę. Na tyle krótko, by nie popaść w panikę. Na tyle nieśmiało, żeby nie wywołać alarmu.

Każdy spacer pośród drzew, wśród buchającego parą rozrodu zieleni, każde słodkie dźwięki wiosny, dziwnie kolorowe chmury, słońca przebłyski łagodziły te krótkie chwile zawieszenia.

LATO

Kocham lato. Słońce, które oślepia. Kolory, które są zbyt intensywne, by wyrazić je wypłukaną akwarelą. Dudnienie życia w uszach, zachwyt unoszący się w głowie na długo po zakosztowaniu smaku i zapachu melancholii. Jest tyle piękna, że aż boli.

Piękno, które obezwładnia wszystkie zmysły i wytrąca z równowagi po zbyt długiej i zbyt szarej zimie. Bez lepienia bałwana, bez rzucania się śnieżkami, bez biegania wokół drzew i wpadania w zaspy po kolana.

Gdzie te momenty białego puchu? Gdzie zapewnienie, że złota polska przejdzie w biały grudzień? Po zbutwiałej szarzyźnie tylko nadzieja ma kolor. Bardziej zielony, niż natka pietruszki, niż pierwsze źdźbła traw.

A to wszystko przypruszone konfetti promyków słońca, zimnymi ogniami śpiewu ptaków. Tego lata ptaki nie milkły nawet wtedy, gdy leżałam z łoskotem w sercu. Gdy ten młot pneumatyczny strachu przeorywał się przez mój mózg długie godziny.

JESIEŃ

Moje serce znowu wypadło mi z rąk.
Potoczyło się po podłodze w kierunku cienia, który spowijał od długiego czasu moje myśli i sny.

Utknęło między kanapą, a szafą pośrodku zakurzonej podłogi. Tuż obok skrzypiącej deski, tej wypaczonej, która odzywa się codziennie, gdy przechodzę przez pokój.

Słońce zaszło za chmury już po 10-tej, jakby noc miała przyjść za parę minut. Nie dane mi było wystawić twarzy w stronę jego ciepłego oblicza. Włączone lampy i żarówki towarzyszą mi już od 6-tej rano. Nie mogę spać, każdy sen to podróż w zbyt piękne albo zbyt straszne krainy.

Za każdym razem tak realistyczne, jakby ktoś ustawił mnie w teatrze życia tam, gdzie graniczy prawda z marzeniami. Tymi nieosiąganymi, tymi najbardziej mrocznymi. O odchodzeniu, o przepaści zapomnienia. Tego przed i po zapadnięciu zmroku.

ZIMA

Moje serce o mnie zapomniało. Leży przykryte śniegiem, zamarznięte, zroszone puchem świeżo zastygłym. Wpatruję się w nie i próbuję objąć skostniałymi od mrozu rękami.

Nie mogę, nie wzięłam rękawiczek. Pozostaje mi tylko ten piękny widok czegoś, co kiedyś nosiłam w klatce piersiowej, a co teraz zbuntowane postanowiło oddzielić się ode mnie i bytować gdzieś daleko.

Kołatanie ustało, nic mnie już nie boli. W końcu patrzę z dystansu na powód zmartwień i zatroskania, niepokoju, panicznego zaalarmowania.

Mogę swobodnie przechadzać się po pokojach, z których każdy to osobne marzenie senne, jedno piękniejsze i straszniejsze od drugiego, bardziej nierealne, jeszcze bardziej odważne, nieśmiałe niczym pierwsze pąki sasanek.